poniedziałek, 1 sierpnia 2011

krematorium.

   kochałam jego wzrok, gdy wpatrywał się w moje oczy. kochałam, gdy próbował mnie rozśmieszyć w gorsze dni. kochałam budzić się i czekać na pierwszą wiadomość od niego. kochałam stać w oknie i oczekiwać, aż przyjedzie samochodem pod mój dom i do mnie przyjdzie. kochałam stroić się godzinami przed lustrem tyko dla niego. kochałam jego błysk w oku i to coś, czym mnie do siebie przyciągał. gdy mówił "kochanie" zawsze przechodziły mnie dziwne ciarki, które kochałam tak samo jak jego. "jak chcesz" - to było jego ulubione wyrażenie oznaczające, że usłyszał, przyjął stwierdzenie do wiadomości i nie ma nic więcej do dodania, a mi to nie przeszkadzało, bo kochałam.
   najlepszy stan jaki znam: środek nocy, on obok mnie, o ile słowo obok jest właściwe bo jest tak blisko jak to tylko możliwe. i nie chodzi mi teraz o sex, tylko o tą bliskość, o jego ramię pod moją szyją, o moją rękę na jego piersi, o nasze splecione nogi, o jego oddech na moim policzku.. o tą cudowną bliskość..
przytuliłabym Cię. albo nie. nie mogę. przecież Cię nienawidzę. dla mnie umarłeś, tak bardzo jak to tylko możliwe..
   to nie było tak, że on jej nie kochał czy coś.. ta miłość po prostu nie miała szans na przetrwanie.. czasem trzeba się pogodzić ze stratą, nie walczyć z czymś z czym nie mamy szans.. trzeba podnieść się i na nowo uwierzyć w miłość czystą prawdziwą i magiczną. nie można jej skreślać tylko przez jedno potknięcie. puszczam z dymem całą naszą pieprzoną przeszłość!

ps.: miesiąc wakacji za sobą, fak!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz