każdy jest kowalem własnego losu. renoma, opinia, sami tworzymy siebie w oczach innych. czasem boli, że uwaga niektórych osób nieobojętna nam zresztą, skupiona jest zazwyczaj na naszych wadach, widząc tylko przebłyski mądrości życiowej. nienawidzę tej godziny, tej minuty, w której uświadamiam sobie coś, co sprawia mi ból. płaczem wyrzucamy emocje, bo nie chcemy być udręką dla osoby obok, ale i tak nią jesteśmy. szczęście unosi się w pełnym bezsilności pokoju, a najgorsze jest to, że nikt nie otworzy drzwi, ani okna za nas. nikt też nie zapuka i zamartwiając się zapyta "czy coś się stało?". wolałabym wrócić do czasów, gdy ból brzucha spowodowany był tym, że mama idzie na zebranie rodziców i dowie się o tych marnych ocenach. zdziwiona, bo przecież stercząc godzinami przed komputerem wciąż powtarzam jej, że się uczę. tak wiem, te czasy minęły bezpowrotnie.
ja właśnie straciłam wątek zastanawiając się jak to jest gdy nie ma się na nic wpływu.. zero wniosków, stan nieważkości. chciałabym, żeby jakiś kosmonauta właśnie teraz wylądował na podwórku za oknem i zabrał mnie wyżej i dalej niż mogłabym to sobie wyobrazić. zabrałby mnie tam tylko po to, abym pokochała tą godzine i tą minute.
wróciłam do miejsca, które wyzwala we mnie zmiany. musze popracować nad sobą, solidnie. mam dla kogo się starać.
mam potwierdzone info: wracam wraz z końcem stycznia. mam też nadzieję, że nabiorę na tyle rozsądności, że nie będę musiała znowu TU wracać, aby nad czymkolwiek pracować. jedyny powrót jaki przewiduje to wakacje w Sassenheim.