poniedziałek, 26 września 2011

no i co z tego?

   wiesz, miałeś rację mówiąc, że do starty bliskich osób można się przyzwyczaić. nie wierzyłam. kiedy mówiłeś o tym.. patrzyłam na Ciebie z ironicznym uśmiechem. jednak miałeś rację. kiedy odchodzi pierwszy przyjaciel - boli. drugi? - też. przy trzecim jednak już zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że tak musi być, że widocznie nie wszyscy ludzie są dla Ciebie. nie płaczesz już nawet. starasz się wykreślić z pamięci wszystkie szczególne wspomnienia związane z tą osobą i zapomnieć, że był dla Ciebie kimś na kształt zwykłego znajomego. że nie łączyło Cię z nim żadne szczególne uczucie. jedyną oznaką utarty jest tylko dziwne uczucie pustki, jakby ktoś zabrał kawałek Ciebie. jednak żyjesz dalej. uśmiechasz się. - przez jaki czas Ci się to udaje? - nie wiem. dopiero zaczynam..

   mam po prostu tego wszystkiego dosyć, wiesz? przestałam się przejmować, zaczęłam tłumić w sobie wszystkie uczucia. ból, który zadawali mi coraz częściej.. na początku zabijał, ale nauczyłam się z nim żyć. było ciężko, owszem. i może nie jest mi lepiej, ale na pewno trochę łatwiej.

ps.: może świat, którego dotykamy wcale nie jest taki zły, tylko nasz własny lęk przed jego dotknięciem czyni go strasznym?

sobota, 24 września 2011

ciastko bez kremu.

   zapotrzebowanie czegoś rośnie. mózg człowieka zamienia się w bombę zegarową, która w każdym momencie może wybuchnąć. dyskomfort spowodowany otyłością psychiczną, nie powinien mieć wpływu na życiową retrospekcje. zasadnicza różnica między sacrum a profanum, jest tak wielka, że nie rozumiem jak ktoś może tego nie rozróżniać. mój monolog powinien sprowadzać się do dwóch słów, a tu proszę..
   nie narzucam nikomu niczego. uważam, że brak swojego zdania w tym wieku, to jakaś niemoralna sprawa, która grozi wyginięciem gatunku. szczyt zagłady następuje po całowiecznych mękach. uczucie wiecznego niepokoju nie jest zasadniczym skutkiem całokształtu. jedna sytuacja, zapoczątkowała szereg innych insynuacji, które z czasem przemieniają się w udrękę. wierząc w to, że będzie dobrze, wierzę w to, że monotonny brak poczucia spokoju zaniknie. do szczęścia już nawet niepotrzebne nam samo szczęście. czysta paranoja.

   prześladowana przez natłok nad wyraz niepokornych myśli, zatracam się w zwykłej codzienności. może lepiej zakończę ten monolog. nie potrzebuję współczucia, ani zrozumienia. mam jeszcze siłę by walczyć o coś swojego, o cel do którego dążę.  tylko niech ktoś zapoczątkuje koniec tych złowrogich myśli!


ps.: za dużo, wiem. ale akurat moja chaotyczność w pisaniu, nie uległa zmianie. dlatego szanuj, to co masz.

niedziela, 18 września 2011

brak czegokolwiek

   wiesz jak to jest obudzić się pewnego dnia i uświadomić sobie, że zniszczyło się coś, co dawało szczęście? ja sobie właśnie to uświadomiłam, że zniszczyłam wszystko co było prawdziwego między nami.. dopiero teraz sobie uświadomiłam, że zależy mi na Tobie, kiedy zaczęłam tęsknić za rozmowami z Tobą o byle czym, Twoim uśmiechem i tym cudownym wzrokiem. teraz doceniam to wszystko. masz rację, bo pogubiłam się trochę w tym moim życiu. mimo wszystko znasz mnie lepiej, niż ja siebie samą. i wiem również, że jesteś kimś wyjątkowym. a teraz mogę Cię tylko przeprosić, że tak późno to dostrzegłam. i nie wiem co z tym zrobisz, ale miałabym wyrzuty sumienia, gdybym Ci tego nie powiedziała. przepraszam.
   wciąż pytają czy mnie to nie męczy, czy czasem nie mam tego dość, ale czy kiedykolwiek pomyśleli o tym jakie to uczucie, kiedy przytulasz kogoś po długiej rozłące? czy wiedzą jaki smak ma kończąca się na chwile tęsknota? nie jeśli nigdy naprawdę nie tęsknili. za nic nie chciałabym raz jeszcze przejść przez to, co przeżywałam w ciągu minionych tygodni ale musze przyznać, że dzięki nim doceniłam to co mi zostało, to co mam jeszcze bardziej niż przedtem..


wtorek, 6 września 2011

nigdy nie mów nigdy?

   nigdy nie można być pewnym że ma się kogoś na zawsze, bo można go stracić w ciągu sekundy i nie zdążyć powiedzieć jak bardzo był ważny.. nigdy też nie pomyślałabym, że osoba, która pomogła mi się podnieść ponownie powali mnie na ziemię. wcale nie zdziwiłabym się, gdyby pobiegła po gwoździe i młotek, aby mieć pewność, że tak łatwo nie wstanę.. za każdym razem, gdy wydaje mi się, że chociaż trochę zaczynam mieć pewne rzeczy w dupie, wszystko musi mi się rozpierdzielić w drobny mak i utwierdzić mnie w przekonaniu, że jednak nie. że nadal cierpię z tych samych powodów..
   naprawdę uczę się żyć, korzystać z dnia, swobodnie, bez nieustannego planowania, bez presji różnych konieczności. do diabła, przecież na końcu jest tylko grób, więc po co się tak gorączkować. nie chcę być całe życie inwalidką.. i żyć tylko po to, by nie umrzeć. sama, bo sama muszę przejść przez swoje życie.. boli? to znak, że pojawią się efekty
   w kwestii zasadniczej - nie wiem, ile razy człowiek, czyli kobieta, może zaczynać życie od nowa. jeśli o mnie chodzi, robię to teraz poniekąd nałogowo. bez przerwy. nie wiem, dlaczego akurat na mnie popadło. i nigdy się nie dowiem. niczego nie poznaję. są jakieś dźwięki, kolory, kształty, zapachy, ale nic nie ma sensu. nic nie układa się w spójny ciąg. jest jakiś świat, kompletny, bogaty, wyglądający sensownie, ale błąkam się po nim, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. wszystko ma konsystencje oprócz mnie. ja gdzieś zniknęłam.
   czasami zapominamy o świecie, o ludziach, których powinniśmy doceniać. myśląc, że sami możemy osiągnąć więcej, gubimy się na najprostszych drogach do celu. w takich chwilach wystarczy mieć przy sobie czyjeś serce, aby bezpiecznie dotrzeć w wyznaczone miejsce. wtedy uświadamiamy sobie, że samemu można próbować żyć, ale samotność wymaga odwagi.



   przed śmiercią możesz wykonać jeden telefon. dzwonisz i słyszysz, że jest zajęte..