środa, 17 sierpnia 2011

można? można.


   kiedyś ktoś mnie zapytał 'co dla ciebie w życiu jest najtrudniejsze?'. odpowiedziałam, że nie wiem, że chyba nie ma takiej rzeczy.. teraz już umiem odpowiedzieć na to pytanie. gdy dziś mnie zapytacie 'co jest dla mnie najtrudniejsze' odpowiem, że najtrudniej w życiu patrzeć jest w oczy ukochanej osoby i widzieć pustkę. zupełne nic. obojętność. zero tęsknoty. najtrudniej czuć że się ją kocha całą sobą i wiedzieć, że bez niej nie można żyć, ale ona bez ciebie jest szczęśliwa. najtrudniej kochać bez wzajemności.. tak. tak bym odpowiedziała..
   nikt nie lubi jak jego świat rozsypuje się na kawałki. dlatego ludzie zwykle starają się przewidzieć zagrożenie i go uniknąć, bo dzięki temu udaje im się podeprzeć kruchą konstrukcję, która i tak ledwo stoi. są tacy którzy postępują inaczej; rzucają się na oślep w wir namiętności, w nadziei, że rozwiąże ona wszystkie problemy. składają na barki innych całą odpowiedzialność za własne szczęście i całą winę za ewentualne niepowodzenia. są rozdarci między euforią, bo przydarzyło im się coś cudownego, a rozpaczą, bo jakieś niepowodzenie wszystko zniszczyło..
   człowiek po prostu zbyt często jest ślepy. myśli, że kiedy otworzy oczy, już wszystko widzi, a tak naprawdę, żeby cokolwiek zobaczyć musi je zamknąć i wsłuchać się w bicie serca. ono najbanalniejszym brzmieniem odpowie na najtrudniejsze pytania.



ps.: mam w domu największy skarb - Siostre. każda minuta z nią jest cudowna!

niedziela, 14 sierpnia 2011

wciśnij guzik..


   to był właśnie ten dzień, kiedy uświadomiłam sobie, że nie potrzebuje już tych wszystkich złudzeń, tych kitów, które pociskali mi wszyscy przez lata. postanowiłam wziąć życie w swoje ręce i walczyć z tym, z czym nie umiem się pogodzić. kiedy paliłam, wydawało mi się, że mogę przenosić góry. moje marzenia stawały się bardziej odważniejsze i wszystko miałam na wyciągnięcie ręki. ale potem było znów jak zwykle..
   powiesiłam płaszcz na wieszaku i usiadłam na krawędzi łóżka. wzięłam do ręki kolorowe pismo i przewertowałam kilka stron. łza spłynęła mi po policzku, za nią nastepna i kolejne. przetarłam oczy i próbowałam czytać, ale po chwili obraz zupełnie się rozmazał. ogarnęła mnie złość. miałam ochotę czymś rzucić, czymkolwiek, wyładować frustrację, która gromadziła się we mnie już od dawna. jak to możliwe, że nic, dokładnie nic mi nie wychodzi? za co się wezmę -porażka. czego nie dotknę - plajta. dlaczego zdradziecka natura obdarzyła mnie pragnieniem twórczego życie, kiedy to niczego, absolutnie do niczego się nie nadaję?!
   czarna kawa z cukrem, histeryczne zapędy i papieros jeden za drugim. niemiłosiernie ciągnący się czas, powrót do domu, zebranie z podłogi ubrań, tabletka przeciwbólowa. nie jestem pewna, czy o takie życie mi chodziło. niech się skończy ten zawirowany tryb, niech ktoś zmieni bieg, przeprogramuje życie, wciśnie inny przycisk, albo niech po prostu to wyłączy.

ps. nigdy się nie zmieniłam. po prostu miałam dość udawania, że jestem szczęśliwa.. ;)

czwartek, 11 sierpnia 2011

lepiej późno, niż później..


   poczucie własnej wartości znika.. mam zbyt wiele chorych ambicji; połowę i tak z nich wykluczyłam. na przykład aktualnie miłość dla mnie nie istnieje, nie mam uczuć, wyrwano mi serce. nie czuję nic. nie chcę czuć. powątpiewam w nią zbyt często, w sumie to przestałam w nią wierzyć.. bo jako mała dziewczynka dorastałam z myślą, że ona nie jest dla mnie - przyzwyczaiłam się do tej myśli i dobrze mi z tym. są we mnie sprzeczności, których nie potrafię zmienić i nie zmienię. zbyt dużo pytań, a ja sama odpowiedzi czasem nie kończę. dla siebie.. na złość.. wtedy gdy trudniej nabrać oddech i pokonać siebie w środku.
   ostatnio ograniczam nawet samą siebie - człowiek powinien wiedzieć, że ma władze nad sobą, swoim ciałem, duszą i umysłem.



radykalne środki.


   sama nie wiem, czy jest mi przykro, że to wszystko się stało, czy może czuję ulgę, że to już za mną, że już to przeżyłam? ludzi traci się czasem z rozsądku, który celowo mija się z naszą wolą. jak ktoś rozrywa serce, to się odchodzi nie dlatego, że się chce, ale po to by zatamować krwawienie. bo krew na odległość krzepnie znacznie szybciej! złych słów zapomnieć się nie da, ale da się zapomnieć o tym kto je wypowiedział. ciekawe ile razy pomyślałeś o tym, że jednak źle się stało? ja wiele, ale zawsze wtedy przypominałam sobie i uświadamiałam, że tęsknie nie za tą osobą, którą teraz jesteś, ale za tą którą kiedyś byłeś. patrząc na zdjęcia, też tęsknie, za tym dobrym 'dawniej'. ale nie chce wracać do przeszłości, zbyt częste wycieczki w miejsca w których byliśmy razem, mogą uszkodzić mój długo wypracowywany spokój wewnętrzny. nigdy nawet nie będę miała okazji, powiedzieć Ci, jak strasznie Cię nienawidziłam - wtedy, z każdą łzą, coraz mocniej. ale myślę, że wiesz. obyś wiedział.
  wiem, że rozdrapywanie starych ran prowadzi do zakażenia teraźniejszości. troche mi wstyd przed samą sobą, że jestem tak niedoskonała w swych słowach..

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

krematorium.

   kochałam jego wzrok, gdy wpatrywał się w moje oczy. kochałam, gdy próbował mnie rozśmieszyć w gorsze dni. kochałam budzić się i czekać na pierwszą wiadomość od niego. kochałam stać w oknie i oczekiwać, aż przyjedzie samochodem pod mój dom i do mnie przyjdzie. kochałam stroić się godzinami przed lustrem tyko dla niego. kochałam jego błysk w oku i to coś, czym mnie do siebie przyciągał. gdy mówił "kochanie" zawsze przechodziły mnie dziwne ciarki, które kochałam tak samo jak jego. "jak chcesz" - to było jego ulubione wyrażenie oznaczające, że usłyszał, przyjął stwierdzenie do wiadomości i nie ma nic więcej do dodania, a mi to nie przeszkadzało, bo kochałam.
   najlepszy stan jaki znam: środek nocy, on obok mnie, o ile słowo obok jest właściwe bo jest tak blisko jak to tylko możliwe. i nie chodzi mi teraz o sex, tylko o tą bliskość, o jego ramię pod moją szyją, o moją rękę na jego piersi, o nasze splecione nogi, o jego oddech na moim policzku.. o tą cudowną bliskość..
przytuliłabym Cię. albo nie. nie mogę. przecież Cię nienawidzę. dla mnie umarłeś, tak bardzo jak to tylko możliwe..
   to nie było tak, że on jej nie kochał czy coś.. ta miłość po prostu nie miała szans na przetrwanie.. czasem trzeba się pogodzić ze stratą, nie walczyć z czymś z czym nie mamy szans.. trzeba podnieść się i na nowo uwierzyć w miłość czystą prawdziwą i magiczną. nie można jej skreślać tylko przez jedno potknięcie. puszczam z dymem całą naszą pieprzoną przeszłość!

ps.: miesiąc wakacji za sobą, fak!