poniedziałek, 5 listopada 2012

dziadowski bicz!


życie jest piękne, wiecie? każda pojedyncza chwila, każde zdarzenie, które nas spotyka niesie za sobą gorycz lub śmiech. to kwestia wyboru, a my - ludzie, nie jesteśmy w wyborach najlepsi. ale przecież nawet po najgorszym dniu nadchodzi wieczór, a wieczorem otwierają się drzwi zadymionych pomieszczeń o niskich stropach, pełnych alkoholu i słów, pełnych nadziei i planów, pełnych nas. z tego się właśnie składamy, każda cząstka nas lekko zarażona dekadentyzmem i zachłyśniętą częścią życia. 

chyba dziś wpadła na kawę stara znajoma depresja, bo juz dawno nie miałam tak wielkiej ochoty na leżenie w łóżku i wielogodzinne wpatrywanie się w ścianę. 

mówią o niej, że zimna, nieczuła. że sprzedała duszę za kolczyki z diamentami. że śmiech ma okrutny, perlisty donośny. a ona płacze dopiero, gdy jest sama. gdy nikt nie widzi. miejcie litość dla tych najtwardszych i spuśćcie ich czasem z oczu. oni też potrzebują chwili przerwy, by nauczyć się tekstu na kolejna scenę, by zmyć makijaż, by spokojnie usiąść na krześle i patrzeć w ścianę, na której było lustro, a teraz już nie ma nic.

cała jestem jakaś sprzeczna, hipokrytka.



Ps.: co to znaczy dziadowski bicz, wiecie?

niedziela, 4 listopada 2012

one day baby


we'll be old
oh baby, we'll be old
and think about all the stories that we could have told..


usiąść i coś napisać. napisać coś, co będzie czymś z mojej głowy. głowa rośnie od nadmiaru myśli związanych z tym co się wydarzyło i co wydarzyć się może.. 

jesteś w obcym miejscu, ludzie są Ci obcy, język jest Ci obcy.. obce spojrzenia, szepty, gesty, wszystko obce.. nie wiesz gdzie pójść, co zrobić. boisz się zajrzeć do miejsc, w których nie byłeś. nie wiesz jak się zachować. nie jest to wyobcowanie, ale nie wiem ani ja, ani ty jak to określić.. to coś jakby samotność. choć tak naprawdę to nie jest Ci  chyba nawet przykro, że jesteś sam..

siedząc na parapecie, przy zgaszonym świetle, z kubkiem gorącej herbaty, który wręcz parzy mnie w dłonie, patrząc na krople deszczu odbijające się od okna, dochodzę do wniosku, że lubię być sama. bez kogokolwiek obok. czasami obecność innej osoby nie pozwala mi na bycie taką, jaką jestem w jakimś momencie. często udaję, że jest dobrze, byleby uniknąć zwierzeń i pocieszeń. jednak z drugiej strony dobrze mieć obok kogoś, kto wyciągnie nas z powrotem, gdy wypadniemy za burtę, i dobrze czuć się potrzebnym, by komuś innemu móc zawsze pomóc. jakby nie patrzeć jest to zamknięte koło. dla mnie bez wyjścia. nie potrafię być bardziej w lewo, ani w prawo..