piątek, 9 grudnia 2011

almost lover

   naszło mnie na rozkmine z życia wziętą. bardzo świeże zdarzenia powodują napęd tych wszystkich liter, zamieniających się w niecierpliwe wyrazy, aż w końcu w zagubione zdania. nie ma czasu na sklejanie tego chaosu. każdy orze jak może!
   tylko jego mentalność pozwala mu zbliżyć się do mnie. nie uciekam. wciąż go obserwuję, sprawdzam, przepytuję. coraz częściej przekonuję się, że tak wiele nas dzieli, a mimo to daję jemu i sobie szansę. nie zabawiam się. traktuję sprawę poważnie. uczucia zastępuję delikatnym uśmiechem i beztroskim spojrzeniem w oczy. on wie, że nie ma w tym ani krzty miłości. mimo to, daje się wciągnąć w czułe gesty. wciąż mam w głowie jego uśmiech – wymarzone dołeczki w policzkach, do tego dochodzi to spojrzenie, które daje poczucie bezpieczeństwa i totalnej swobody. pragnę go coraz bardziej, bez obawy o to co powiedzą inni i czy będziemy żyli długo, czy raczej nieszczęśliwie.. zapominam o wszystkim, gdy mam go obok siebie. nie boję się spróbować i daję nam szansę.
   te zmiany, które zaszły we mnie kilka miesięcy temu, pomału wychodzą ze mnie, dostrzegam je, jestem z nich dumna. zamiast wiecznej pogoni za szczęściem, przed którym tak naprawdę uciekałam, w końcu mam
uśmiech na twarzy. bo żyję teraźniejszością, nie przejmując się tym co znów źle zrobiłam.

zaćmienie słońca

paranoja spowodowana brakiem motywacji do dalszej walki z samą sobą. to że sie trace to kwestia tego, że brak mi czasu. a jak juz mam czas, to go nie mam bo śpię. czyż nie popadłam w jakieś ruiny fatalizmu, który odbije sie na wszystkim, a ja nawet nie zdążę tego zauważyć, dopiero gdy wszystko upadnie będę czuła sie stracona. może tym razem uda mi sie zauważyć ile tracę z obawy przed utratą. czy ja kiedyś dostane taką szanse, krótką, malutką, na to, aby móc sobie poukładać w tej swojej małej główce to wszystko? nie mam żadnych wyższych wartości. nie, nie istnieje u mnie coś takiego. żadnego wzorca. zero jakiejkolwiek motywacji do tego, aby np. wziąć ksiażke i po prostu poczytać. dopadła mnie chwila, w której cieszę sie tylko tym, ze śpie. że mogę to robić. nienormalne? może czasem właśnie trzeba byc nienormalny, aby zrozumieć normalność innych, czy też nienormalność. w końcu kto powiedział, ze wszyscy wokół są ogarnięci.. zrozum własną wieś, a zrozumiesz cały świat.


byłam w izolacji, bo znajomi się odwrócili i zostałam sama ze sobą, potem się wkurwiłam i wróciłam do życia. 

niedziela, 20 listopada 2011

i'm not afraid.

Ludzie potrafią niszczyć, psychicznie przede wszystkim.. Czasami robią to całkowicie nieświadomie. Ale niektórzy tną słowami z dokładnością chirurga twoje myśli i uczucia. Dla własnej satysfakcji, dla lepszego samopoczucia i dla ? 
Dla zabawy. Bo czemu nie, bo kto im zabroni. Kto zabroni tym wszystkim gnojkom pociągać za sznurki cudzego życia? Nikt. A wiecie co ? To jest piękne. i cieszę się, że jestem jednym z nich.
Jeśli ktokolwiek jest na tyle słaby, że daje sobą manipulować to jego problem, a pociecha dla manipulatorów.
Jeśli ktokolwiek włączą się całkowicie oportunistycznie w owczy pęd - jest słaby - jego problem. Tacy ludzię nigdy nie osiągną sukcesu, nie mają ikry, własnego zdania, charakteru, charyzmy. Każdy lekki podmuch wiatru w ich psychikę pokazuje co mają pod spodem, coś a la Marylin Monroe w scenie z sukienką, tylko nie ma w tym ani krzty klasy, jest to żałosne. Są przejrzyści, banalni, gardzę nimi. Później kończą na "wysokich" stanowiskach smażąc frytki w McDonaldzie. I zanoszą się głośnym pytaniem "dlaczego tak skończyłem" - kretyni, niemożliwa jest odpowiedź na pytania retoryczne. Czy nikt im nie wytłumaczył, że do sukcesu nie ma windy? trzeba zapierdzielać po schodach, milion stopni do góry.
Kto oglądał "Człowieka z Blizną" z rewelacyjnym Al'em Pacino w roli głównej wie o czym mówię. Kto nie oglądał - krótko streszczę. Człowiek który jest nikim, poprzez spryt, charyzmę i wyznawanie zasady "po trupach do celu" (czasem bardzo dosłownie) wspiął się na sam szczyt. Nie cofnął się przed niczym, ryzykował wszystko, wygrał wszystko. Proste.
"The world is yours", Świat jest twardy, trzeba grac twardo. Trzeba walczyć o swoje, o marzenia, o każdą pieprzoną kwestię na której nam zależy. Bez skrupułów. Do końca. Kogo obchodzi co myślą inni. To mi ma być dobrze. Świat ma być mój.

Świat będzie mój. I to nie dlatego, że kupię sobie globus..

z pozdrowieniami od Krzysztofa Hanaka. 
+ NOBEL : *

poniedziałek, 17 października 2011

15 minut..

nie jestem homoseksualistką, narkomanką, dziwką, dorosłą tatuażystką, miłośnikiem używanych kolczyków, ani kimkolwiek innym z kim można by mnie skojarzyć. w zasadzie nie jestem nikim szczególnym i chyba niczym specjalnym się nie wyróżniam. czasem tylko nagle drętwieją mi palce i w pół chwili robi się przeraźliwie zimno, niepokój przechodzi w bezsenność, ucieka poczucie bezpieczeństwa. nie lubię wizyt u lekarzy.. bóli brzucha, powierzchownych zranień, strachu, obaw i wstydu. najbardziej boję się umrzeć przed Tobą. na co dzień tak nie biadolę.

to musiało się skończyć. nie można długo żyć w neurozie albo w psychozie. tego nie wytrzyma żaden człowiek. trudno przecież przez całe życie być pijanym. nie aż tak.



 lubił prowokować intelektualnie. od tego się zaczęło. od słownych gier. aluzyjek przemycanych zgrabnie w wypowiedziach. lubię ten rodzaj igrania, to dotykanie siebie przez słowa.. wystarczyło mu 15 minut, a ja mam łzy w oczach i uśmiech na twarzy.

sobota, 1 października 2011

rozwód z przeszłością


nieważne kim dziś jestem.. kim byłam..
nieważne jaka była prawda i dlaczego..
nieważne, że tylko blizny mi pozostały..
nieważne, że to moja kruchość i choroba..
nieważne, że serce z żalu krwawi..
nieważne, że lęk płynie z oczu..
ludzie i tak bez pytania wiedzą swoje.

czasami z ludźmi nie warto dyskutować, nie warto im tłumaczyć, jedyne co warto, to zostawić ich i odejść. osamotnienie jest jedną z najcięższych kar, na które człowiek może skazać człowieka.

   czułam w sobie tylko ogromną pustkę. co więcej byłam z tego całkiem zadowolona, pustka przecież nie może boleć. trochę odzwyczaiłam się od pewnych rzeczy. trochę obco mi we własnych kątach.. ale potrzebuję jeszcze więcej zmian. chcę swobodnie oddychać.


ps.:  matura to bzdura. a prrraca ssie!

poniedziałek, 26 września 2011

no i co z tego?

   wiesz, miałeś rację mówiąc, że do starty bliskich osób można się przyzwyczaić. nie wierzyłam. kiedy mówiłeś o tym.. patrzyłam na Ciebie z ironicznym uśmiechem. jednak miałeś rację. kiedy odchodzi pierwszy przyjaciel - boli. drugi? - też. przy trzecim jednak już zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że tak musi być, że widocznie nie wszyscy ludzie są dla Ciebie. nie płaczesz już nawet. starasz się wykreślić z pamięci wszystkie szczególne wspomnienia związane z tą osobą i zapomnieć, że był dla Ciebie kimś na kształt zwykłego znajomego. że nie łączyło Cię z nim żadne szczególne uczucie. jedyną oznaką utarty jest tylko dziwne uczucie pustki, jakby ktoś zabrał kawałek Ciebie. jednak żyjesz dalej. uśmiechasz się. - przez jaki czas Ci się to udaje? - nie wiem. dopiero zaczynam..

   mam po prostu tego wszystkiego dosyć, wiesz? przestałam się przejmować, zaczęłam tłumić w sobie wszystkie uczucia. ból, który zadawali mi coraz częściej.. na początku zabijał, ale nauczyłam się z nim żyć. było ciężko, owszem. i może nie jest mi lepiej, ale na pewno trochę łatwiej.

ps.: może świat, którego dotykamy wcale nie jest taki zły, tylko nasz własny lęk przed jego dotknięciem czyni go strasznym?

sobota, 24 września 2011

ciastko bez kremu.

   zapotrzebowanie czegoś rośnie. mózg człowieka zamienia się w bombę zegarową, która w każdym momencie może wybuchnąć. dyskomfort spowodowany otyłością psychiczną, nie powinien mieć wpływu na życiową retrospekcje. zasadnicza różnica między sacrum a profanum, jest tak wielka, że nie rozumiem jak ktoś może tego nie rozróżniać. mój monolog powinien sprowadzać się do dwóch słów, a tu proszę..
   nie narzucam nikomu niczego. uważam, że brak swojego zdania w tym wieku, to jakaś niemoralna sprawa, która grozi wyginięciem gatunku. szczyt zagłady następuje po całowiecznych mękach. uczucie wiecznego niepokoju nie jest zasadniczym skutkiem całokształtu. jedna sytuacja, zapoczątkowała szereg innych insynuacji, które z czasem przemieniają się w udrękę. wierząc w to, że będzie dobrze, wierzę w to, że monotonny brak poczucia spokoju zaniknie. do szczęścia już nawet niepotrzebne nam samo szczęście. czysta paranoja.

   prześladowana przez natłok nad wyraz niepokornych myśli, zatracam się w zwykłej codzienności. może lepiej zakończę ten monolog. nie potrzebuję współczucia, ani zrozumienia. mam jeszcze siłę by walczyć o coś swojego, o cel do którego dążę.  tylko niech ktoś zapoczątkuje koniec tych złowrogich myśli!


ps.: za dużo, wiem. ale akurat moja chaotyczność w pisaniu, nie uległa zmianie. dlatego szanuj, to co masz.