wtorek, 25 czerwca 2013

zanim zostałam milionerką 2/2

nieświadomie. przysięgam! nieświadomie nazwałam tak album na facebook'u. nieświadoma tego, że to on będzie moją wygraną.
pierwsza myśl "przystojny" , druga "pantofel, nie chcę takiego".. nie miało być to miłe, było szczere. odmawianie mu randki, z powodu deszczu też było szczere. absurdalnie pocałował mnie w momencie, kiedy mówiłam, że JESZCZE NIE. od tamtej pory byłam już jego. mniej lub bardziej.
wspólne mieszkanie wiele nas nauczyło. przede wszystkim nauczyło nas przyjaźni i rozmowy, na tym budowaliśmy i wciąż budujemy nasz związek. nauczyliśmy się prawdy, mimo tego, że czasem była bolesna. wspólnie przepłakane noce kończące się wtuleniem w Jego ramiona. czuję się przy nim taka bezpieczna.
pierwszy raz mężczyzna z którym jestem jest dla mnie wszystkim.
ton jego głosu jest jak ulubiona piosenka, której pragnę słuchać. jego oczy najpiękniejsze o poranku, kiedy lekko przymrużone, troche uśmiechnięte wpatrzone są we mnie. milczenie to nasza własna rozmowa.
mamy plany na bliższą i dalszą przyszłość, tworzymy je razem, bo zależą od nas.
kłócimy się przeważnie przez moje paranoje, ale te najczęściej nachodzą mnie wtedy, kiedy nie dowierzam w szczęście, które on mi daje.. szczęście, które posiadam.
kocham jego uśmiech. kocham stan kiedy znajduje się blisko jego serca. kocham czuć jego wzrok na sobie. kocham jego pocałunki, szczególnie te bez powodu. kocham patrzeć jak zasypia. kocham go w ubraniu i nago. kocham jak mówi, że kocha. kocham go kochać.

nikt i nic nie jest w stanie zmienić tego co jest między nami. w pełni świadoma kocham go nad życie.

chciałabym opisać wam każde szczęście, które od niego dostałam, ale nie jestem w stanie. myślę,że wystarczy jak zakończę mój miłosny chaos pisząc po prostu, że kocham i jestem kochana.

ps.: będę Panią Kapustą!

niedziela, 28 kwietnia 2013

zanim zostałam milionerką 1/2





fakt, że zaniedbałam całe zamieszanie spowodowany jest tym, że na głowie mam miliony spraw, zadań do wykonania, a całą reszte wypełnia ON. wciąż jestem tu, w kraju który utrzymywany jest przez takich jak ja. wielu ludzi spotkanych na swojej drodze, przeważnie przelotne znajomości, gdyż tu rzadko kiedy zdarzają się ludzie szczerzy i pomocni. chyba chciałabym wam opowiedzieć o tym co działo się przez ostatnie siedem miesięcy, od wtedy gdy orzekłam, że wyjeżdżam..

kilka dni w nowym miejscu, pierwsza praca, nowi ludzie i jedyne co umiem powiedzieć to "goedemorgen" ('hujemorhe'; dzień dobry). generalnie wszędzie strach, chociaż ludzie mili i więcej nagadałam się potokiem bezmyślnych słów po angielsku, polsku, cała reszta na migi. zaczęły się zlewać godziny, dni, tygodnie.. praca, dom, praca, dom i wciąż to samo.
najgorsze były wieczory. nie umiem opisać samotności jaką odczuwałam, pomimo tego, że obok była siostra. to nie to samo. brakowało mi tego od czego chciałam uciec.
do kolejnej pracy nie było mi tak spieszno, tym bardziej że poszłam do niej tylko ze względu na to, żeby udowodnić najbliższym, że jestem twarda i dam sobie rade.
praca nie była zła, ludzie też nie. myślenie o powrocie do domu odrzuciłam na dalszy plan. dałam sama sobie szanse. od tamtej pory żyło się jakby lepiej..
pierwszy zjazd do Polski, do domu. wypełnienie pustki, radość i naładowanie energią na tyle, żeby podjąć decyzje o powrocie do Holandii.

"wyjeżdżam. potrzeba trochę odpowiedzialności, racjonalności i przejmowania się sobą, a nie innymi. izolacja dobrze wpływa na psychikę. do tego miasta wrócę w odpowiednim dla siebie czasie." USTOSUNKUJĘ SIĘ! odpowiedzialności jest we mnie więcej niż trochę - przede wszystkim za siebie, ale też za Niego i za Nas. Racjonalność nabyłam w czasie, gdy musiałam planować pewne rzeczy, podczas organizowania sobie czegokolwiek. każdy problem jaki się napatoczy jest analizowany racjonalnie, czasem aż za bardzo.. przejmowanie się sobą, a nie innymi nie zamieniłam na egoistyczne gadanie. po prostu "...każdy ma swoje priorytety...".


ps.: 1/2 - nawet nie wiem za bardzo jak określić ten bełkot.
2/2 - o nim, o nas, gdyż chcę się podzielić szczęściem, które znalazłam.

poniedziałek, 5 listopada 2012

dziadowski bicz!


życie jest piękne, wiecie? każda pojedyncza chwila, każde zdarzenie, które nas spotyka niesie za sobą gorycz lub śmiech. to kwestia wyboru, a my - ludzie, nie jesteśmy w wyborach najlepsi. ale przecież nawet po najgorszym dniu nadchodzi wieczór, a wieczorem otwierają się drzwi zadymionych pomieszczeń o niskich stropach, pełnych alkoholu i słów, pełnych nadziei i planów, pełnych nas. z tego się właśnie składamy, każda cząstka nas lekko zarażona dekadentyzmem i zachłyśniętą częścią życia. 

chyba dziś wpadła na kawę stara znajoma depresja, bo juz dawno nie miałam tak wielkiej ochoty na leżenie w łóżku i wielogodzinne wpatrywanie się w ścianę. 

mówią o niej, że zimna, nieczuła. że sprzedała duszę za kolczyki z diamentami. że śmiech ma okrutny, perlisty donośny. a ona płacze dopiero, gdy jest sama. gdy nikt nie widzi. miejcie litość dla tych najtwardszych i spuśćcie ich czasem z oczu. oni też potrzebują chwili przerwy, by nauczyć się tekstu na kolejna scenę, by zmyć makijaż, by spokojnie usiąść na krześle i patrzeć w ścianę, na której było lustro, a teraz już nie ma nic.

cała jestem jakaś sprzeczna, hipokrytka.



Ps.: co to znaczy dziadowski bicz, wiecie?

niedziela, 4 listopada 2012

one day baby


we'll be old
oh baby, we'll be old
and think about all the stories that we could have told..


usiąść i coś napisać. napisać coś, co będzie czymś z mojej głowy. głowa rośnie od nadmiaru myśli związanych z tym co się wydarzyło i co wydarzyć się może.. 

jesteś w obcym miejscu, ludzie są Ci obcy, język jest Ci obcy.. obce spojrzenia, szepty, gesty, wszystko obce.. nie wiesz gdzie pójść, co zrobić. boisz się zajrzeć do miejsc, w których nie byłeś. nie wiesz jak się zachować. nie jest to wyobcowanie, ale nie wiem ani ja, ani ty jak to określić.. to coś jakby samotność. choć tak naprawdę to nie jest Ci  chyba nawet przykro, że jesteś sam..

siedząc na parapecie, przy zgaszonym świetle, z kubkiem gorącej herbaty, który wręcz parzy mnie w dłonie, patrząc na krople deszczu odbijające się od okna, dochodzę do wniosku, że lubię być sama. bez kogokolwiek obok. czasami obecność innej osoby nie pozwala mi na bycie taką, jaką jestem w jakimś momencie. często udaję, że jest dobrze, byleby uniknąć zwierzeń i pocieszeń. jednak z drugiej strony dobrze mieć obok kogoś, kto wyciągnie nas z powrotem, gdy wypadniemy za burtę, i dobrze czuć się potrzebnym, by komuś innemu móc zawsze pomóc. jakby nie patrzeć jest to zamknięte koło. dla mnie bez wyjścia. nie potrafię być bardziej w lewo, ani w prawo..



środa, 26 września 2012

rozejm się skończył.


nie można mieć głowy w dwóch miejscach naraz. ja osobiście nie jestem w stanie mieć jej nawet w jednym..


zdarzają mi się takie chwile jak dziś, kiedy kompletnie wypłukana, siadam w mym magicznym miejscu i nagle wszystkie uczucia wracają. wracają z taką siłą i taką mocą o jakiej mi się nawet nie śniło. wiedziałam, że ten czas tutaj pomoże mi się z czymś uwikłać. i tak, mogę śmiało powiedzieć, że nie jest już źle. jest tak jak być powinno i chyba nic już tego nie zmieni.
budzi się we mnie tyle emocji nieznanych wcześniej, które trzeba oswajać w różnych konfiguracjach i które zderzają się ze sobą jak nieobliczalne cząstki atomu. tysiące nieprzewidzianych eksplozji o różnej sile. zaczynają mi sprawiać radość drobiazgi, z pozoru nic nie znaczące szczegóły, gesty, uśmiechy innych, znajome twarze, wspólne wyjście. dostrzegam życie wokół siebie, jesień w moim mieście.

wyjeżdżam. potrzeba trochę odpowiedzialności, racjonalności i przejmowania się sobą, a nie innymi.  izolacja dobrze wpływa na psychike. do tego miasta wrócę w odpowiednim dla siebie czasie. 

niedziela, 19 sierpnia 2012

zbrodnia przekracza granice.


najpierw rezygnujesz z drobiazgów, potem z większych rzeczy, a w końcu z wszystkiego. śmiejesz się coraz ciszej, aż wreszcie zupełnie przestajesz się śmiać. Twój uśmiech przygasa, aż staje się tylko imitacją radości, czymś nakładanym jak makijaż..
przerażam się, kiedy widzę swoje obłąkane spojrzenie. łapczywie zaciskam palce na okrągłej klamce i szarpię za zamknięte drzwi swojego umysłu. nie otwieraj, nie oddawaj mi klucza. zmysły stracę! panika. cicho skrzypią drzwi pamięci. słychać mój jęk w zardzewiałych zawiasach. teraz nie zmuszaj mnie do niechcianych powrotów w siebie, w nas, w przeszłość. nie wodź mnie za nos, nie trzymaj na uwięzi.

13-ego piątek. dla mnie nie ma pecha. normalny dzień, tylko kiedyś komuś się nudziło więc coś odrypał, mówiąc, że miał pecha. tobił tak co roku 13-ego w piątek i się przyjęło. albo zbijesz lustro, to masz 7 lat pecha. a jak nie zbiję, to co? całe życie szczęście? szczęście to fałszywe złudzenie. bo co to za szczęście, jak po każdym cierpisz? cierpisz, że znikło. więc nie mów mi, że jest szczęście. życie to cierpienie, które od czasu do czasu znika, zastępuje je wtedy "szczęście". chociaż zawsze można odpłynąć od życia, cierpienia.. marząc.

bez nowości. nie dzieje się nic, co było by warte mojej uwagi. brak jakichkolwiek obiektów porządania w okół mnie. nie wiem, może to ja stałam się wybredna i nie doceniam tego co mam koło siebie. czekam na coś więcej, coś co powali mnie na kolana i odbierze mi mowe, coś co sprawi, że zapomne jak żyć. wiem, że jeśli taki ktoś pojawi się w zasięgu mojego wzroku, spowoduje on niesamowitą radość we mnie, lecz wiem, że przyniesie mi on wiele kłopotów. ale czy, nie tym jest życie?! czekam na kogoś do kogo będę wracać wciąż, chociaż nie będę go lubić, ale gdy odejdę, WRÓCĘ. czekam, czerwona szminka gotowa..



olejmy jutro, liczy się tylko to co teraz! <klik>

poniedziałek, 23 lipca 2012

na gorącym uczynku.


   kim Ty jesteś i co o mnie wiesz, że mówisz mi to wszystko zduszonym szeptem? nie wiem skąd się wziąłeś i dokąd odejdziesz, gdy nagle znikniesz, by nie wrócić. nie wiem co mi odbierzesz i jak będę reagować na dźwięk Twojego imienia. nie mogę Ci zagwarantować niczego, nawet tego, że kiedyś umrę i nigdy już mnie nie będzie, więc nie wierz w to wszystko, co Ci mówię, bo to kłamstwo i nie bierz niczego, co Ci daję, bo ukradłam to kiedyś komuś innemu; komuś kto bezprawnie szeptał mi te słowa, w które nie wierzę, które sama ułożyłam, które kiedyś komuś szeptałam, by odejść znienacka i zabrać mu wszystko co ma. nie dotykaj mnie, nie wielb, nawet na mnie nie patrz, nie mogę zapamiętać Twojego zapachu, bo odbiorę Ci go razem z ostatnim oddechem. spiję go z Twoich warg, karku, spętam nadgarstki papierosowym dymem którego tak nie znosisz i który tak uwielbiasz. a teraz wyjdź, nie możesz tu być, nie możesz mnie okłamywać moimi słowami, a ja nie mogę w nie uwierzyć, więc zróbmy choć raz to, co zrobić musimy i odwróćmy się od siebie bez żalu, bez lęku i bez ostatniego spojrzenia.

   nigdy nie pomyślałabym ze można chcieć być z kimś tak bardzo, wcale go nie kochając, nigdy nie pomyślałabym ze można być tak uzależnionym od kogoś bez miłości do niego, nigdy wcześniej nie zgodziłabym się z tym, że można oddać się bez końca osobie z która nie wiążemy naszych planów na najbliższą przyszłość, nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy ze można kochać połowicznie, nigdy, przed Tobą. 
nie mogę, po prostu nie mogę wytrzymać tego co robimy, przecież ani ja nie kocham Ciebie ani Ty mnie, i gdy tak leżysz w moim łóżku i patrzysz w ścianę, a ja trzymam głowę na Twoim torsie i mam ochotę się rozpłakać, nie wiem czy bardziej nienawidzę Ciebie czy siebie.
nie wiem.